Kolejna podróż z serii tych fotograficznych, choć tak naprawdę Węgry odwiedziliśmy dlatego, że rodzice mieli tam wystawę, ale grzechem byłoby nie zabrać ze sobą aparatu.
Przyznam, ze Békéscsaba to bardzo urocze i klimatyczne miasto. Co mnie zdziwiło, a raczej pozytywnie zaskoczyło (do czego ja, jako dąbrowianka, powinnam być przyzwyczajona, bo mówi się, że Dąbrowa Górnicza to miasto sportu i zieleni), to ogromna ilość ludzi przemieszczająca się na rowerach oraz wszechobecna zieleń. Chyba nigdy wcześniej nie miałam okazji być w mieście tak obsadzonym drzewami (w większości były to platany), których cień staje się najlepszym schronieniem przed letnimi upałami. A wracając do rowerów...ścieżki rowerowe ciągną się przez wszystkie ulice i deptaki miasta, a stojaki, gdzie możemy zostawić nasz rower, kiedy chociażby wchodzimy do sklepu, są dostępne w takich ilościach, że bez problemu wystarczy dla każdego. Co więcej, w niektórych miejscach, to kierowcy samochodów muszą ustępować pierwszeństwa rowerzystom, podczas gdy w Polsce (czy też w Dąbrowie), ja na przykład, wsiadając na rower, boję się być uczestnikiem ruchu drogowego, bo który kierowca u nas zwraca uwagę na rowerzystów?
Jedyne co mi w sumie nie odpowiadało, to kuchnia węgierska, w której przeważają dania mięsne i papryka. I chyba największym utrudnieniem był brak możliwości porozumienia się w jakimkolwiek innym języku niż węgierski (ani angielski nie wchodził w grę, ani niemiecki, ani nawet rosyjski...). Ale mimo tego, wyjazd zaliczam do tych udanych i owocnych w zdjęcia. Jest to już druga z moich fotograficznych wypraw - żeby było śmieszniej, oba miasta (zarówno Żywiec jak i Békéscsaba) nie znajdowały się na liście "miast do odwiedzenia", ale może to nawet lepiej. Przynajmniej robię coś "nadprogramowo".

























